Przepraszam, czy tu biją?

W związku z toczącymi się na różnych płaszczyznach dyskusjami, w których niejednokrotnie  poruszano temat finansowania sportu w naszym mieście, przy jednoczesnym wywołaniu do dyskusji Żyrardowskiej Rady Sportu (w skrócie ŻRS), jako jej członek poczułem się zobowiązany do zabrania głosu w tej sprawie. Pewnie większość mieszkańców miasta słysząc o Radzie Sportu wyobraża sobie to ciało społeczne, jako czynnik doradczy władz miasta w dziedzinie sportu. Tak przynajmniej sugerowałoby użycie w nazwie słowa „rada”. Przyznam szczerze, że ja wyobrażałem sobie to podobnie. Jak to zwykle bywa,  zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością okazało się bolesne. Podobnie jak miała się rzecz z komitetem powołanym do koordynowania obchodów 100-lecia naszego miasta, tak i w tym przypadku Żyrardowska Rada Sportu okazała się tworem fasadowym, służącym jedynie do nadania pozorów społecznego udziału i społecznej akceptacji podejmowanym przez władze miasta decyzjom.

Przystępowałem do ŻRS jako miłośnik sportu, uprawiający go aktywnie aczkolwiek w wymiarze rekreacyjnym. Czując się także lokalnym patriotą nie jest mi obojętne, jaki poziom będzie ten nasz sport reprezentował. Miałem nadzieję, że będę miał realny wpływ na kształtowanie sportowego oblicza naszego miasta. Ten realizm działania miał gwarantować regulamin, a szczególnie zapisy mówiące o tym, że to właśnie my – ŻRS – mieliśmy opiniować wnioski i oferty stowarzyszeń wpływające do Urzędu Miasta na ogłaszane konkursy dotyczące dofinansowań z kasy miejskiej. Ponieważ te zapisy dawały realny wpływ mieszkańców na dystrybucję zasobów finansowych pomiędzy stowarzyszenia sportowe, to bardzo szybko stały się one niewygodne dla władz miasta. Prezydent Kaczanowski, który uczestniczy w każdej Radzie Sportu wychwycił ten „błąd” w regulaminie i zmienił zapis uzasadniając to tym, że członkowie ŻRS nie mogą być sędziami we własnej sprawie.

Tym samym pozbawił nas faktycznego wpływu na podejmowane decyzje. Jak zwykle postarano się o zachowanie pozorów. Przewodniczący Żyrardowskiej Rady Sportu – Pan Ryszard Adamiak – może brać udział w posiedzeniach komisji konkursowych rzekomo nas reprezentując. W praktyce równie dobrze mógłby nas reprezentować sam Prezydent Kaczanowski lub którykolwiek z Panów Prezydentów, bo powszechnie wiadomo, że Pan Przewodniczący jest człowiekiem obecnych władz. Będzie zatem – cytując klasyka – „z góry akceptował wszelkie postanowienia tego kolektywu”. Tak więc rady radami, a sprawiedliwość musi być po prezydenckiej stronie.

A tymczasem w żyrardowskim sporcie dzieje się nieciekawie. Chociaż to chyba za mało powiedziane, bo jak mi opowiedział jeden z działaczy, z którym miałem przyjemność rozmawiać: „co by o tym (złego) nie powiedzieć, to i tak będzie za mało”. Człowiek doświadczony, od lat siedzący w tematyce sportowej więc chyba wie co mówi. Nieco ponad tydzień temu pojawiło się Zarządzenie Prezydenta Miasta Żyrardowa w sprawie przyznanych dofinansowań dla klubów i stowarzyszeń zajmujących się upowszechnianiem kultury fizycznej. Łącznie przeznaczono na ten cel 700 tys. zł z naszych wspólnych pieniędzy. Oczywiście kwota ta nie budzi żadnych kontrowersji, bo wiadomo, że sport wszędzie musi być dotowany. Chodzi o to, aby robić to mądrze i transparentnie. Każdemu według zasług, albo zgodnie z nadrzędnym interesem ogółu. Kiedy analizuję informacje kto i ile dostał, to mam wątpliwości zarówno co do jednego jak i drugiego. Gdyby było transparentnie, to wiedziałbym czym Prezydent Jasiński kierował się dokonując takiego, a nie innego rozdziału środków finansowych. Radą Pana Kaczanowskiego, czy też swoimi preferencjami i upodobaniami co do dyscyplin sportowych? Czym? Brakuje mi tej najważniejszej informacji, bez której nie mogę spokojnie uznać, że pieniądze zostały podzielone mądrze. Pierwsze co się rzuca w oczy to brak na liście Żyrardowianki. Wszyscy w mieście wiedzą, że klub jest zadłużony i znajduje się w trudnej sytuacji.
W związku z tym władze klubu zdecydowały chyba w ogóle nie występować o dofinansowanie, bo istniało realne ryzyko, że pieniądze te przejmie komornik. Tylko, że jednocześnie nie słychać i nie widać działań (poza pozornymi) mającymi na celu ratowanie klubu. Dodam, że klub niedługo będzie obchodził 100-lecie swojego istnienia. Oczywiście o ile dotrwa do tej jubileuszowej daty, bo wieść gminna niesie, że dzielą nas dni lub tygodnie od ogłoszenia jego upadłości. Co będzie potem? Pewnie na to pytanie dzisiaj nie otrzymamy sensownej odpowiedzi. Ja tylko chciałbym zauważyć, że Żyrardowianka w swojej historii miewała zarówno wzloty jak i upadki, ale zawsze kolejni prezydenci starali się wspomagać ten klub. Zresztą jest to klub blisko związany i podległy kolejnym władzom miasta.

Czyżby tym razem władze, które szczycą się swoim wyjątkowym podejściem do historii miasta, kultywowania jego tradycji, które są gotowe do podjęcia się trudów podróży, a nawet tułaczki po Europie w celu znalezienia pamiątek po założycielu miasta, nie były zainteresowane ratowaniem symbolu naszej lokalnej spuścizny sportowej? Śmiem twierdzić, że na półmetku obecnej kadencji możemy powiedzieć, że będzie to pierwszy zgniły owoc, jaki sprawujący dzisiaj władze pozostawią nam po sobie. Pieniądze na piłkę nożną dostał ktoś inny i może czuć się prawie jak lider wśród beneficjentów tego podziału, bo zaliczył kilkukrotny wzrost przyznanych środków w stosunku do roku poprzedniego: 70 tys. zł – 2016 r., 278 tys. zł – 2017 r. Ciekawostkę może stanowić 3. w kolejności co do wysokości przyznana dotacja – 55 tys. zł. Otrzymał ją klub istniejący chyba dopiero od 2 lat. Nie negując jakości jego funkcjonowania i idei przyświecających założycielom, bo ja również uważam, że wszelkie inicjatywy sportowe są mile widziane i powinny się rozwijać w myśl zasady: lepiej wychowywać niż resocjalizować.

Jednakże w tym przypadku pewnej pikanterii związanej z wysokością przyznanego dofinansowania dodaje fakt czynnego uczestnictwa w sportowym życiu klubu jednego z vice prezydentów. Po mieście krążą plotki, że Prezydent Chrzanowski zamierza skrzyżować rękawice z Marcinem Najmanem. Tak więc być może zasadność oraz wysokość udzielanego dofinansowania zależy od możliwości realizowania prywatnych ambicji przez Panów Prezydentów i prywatnych sympatii, bo jak wytłumaczyć fakt, że konkurencyjny klub zajmujący się sportami walki otrzymał jedynie 1 tys. zł (!) dotacji? Dodam, że klub działa zdecydowanie dłużej i ma więcej osiągnięć na swoim koncie. Swoją drogą gdyby do takiej walki rzeczywiście doszło, to aż strach pomyśleć z jakim drżeniem łydek będą kiedyś wchodzili petenci do Urzędu Miasta. Nowego wymiaru emocjonalnego dla żyrardowian nabierze też tytuł znanego polskiego filmu „Przepraszam, czy tu biją?”.

Tak więc z jednej strony brakuje pieniędzy dla wielu, którzy sportem zajmują się z pasją i poświęceniem dla dobra  i chwały naszego miasta, a z drugiej te same pieniądze są marnotrawione w sposób cykliczny ku chwale wybranych. W różnych punktach miasta widzę walające się egzemplarze „żyrardowskiego Forbsa”, który – jak po tym wnioskuję – nie spotkał się z należytą poczytnością wśród mieszkańców. Ponieważ od tego widoku serce boli, postanowiłem uratować chociaż część wydanych na to „przedsięwzięcie” pieniędzy i spożytkować je w szczytnym celu. Otóż każdy kto przyniesie ze sobą do Restauracji Żyrafa Club znajdującej się przy ul. Nowy Świat 18A/9 egzemplarz tego „wyjątkowego” wydawnictwa  – „Żyrardów 2016. Wydanie specjalne” –  i zostawi go tam, otrzyma w zamian darmowy posiłek. Akcja „posiłek za Forbesa” będzie trwała do końca lutego. Serdecznie zapraszam i życzę wyjątkowych doznań kulinarnych.