Pomysły, pomysły i liczenie szabel

Twórcze rozwinięcie koncepcji „dobrej zmiany” przybiera co raz to nowe i bardziej zaskakujące formy. Praktycznie nie ma miesiąca, aby nie pojawiał się w przestrzeni publicznej nowy projekt, czy to autorstwa rządu czy posłów lub senatorów, a wraz z upływem czasu od wyborów, zgłaszane pomysły zyskują na śmiałości i oryginalności proponowanych rozwiązań. Ostatnimi czasy dwa z nich zajmują czołowe miejsca w społecznej dyskusji: kadencyjność burmistrzów i prezydentów miast oraz rozwój (czyt. rozrost) Warszawy, który – wykorzystując terminologię biznesową – ma nie być organicznym, a dokonać się poprzez „przejęcia” sąsiednich gmin. Ponieważ nasze miasto przynajmniej jeszcze w tych planach nie stanie się dzielnicą Warszawy, to poświęćmy uwagę głównie kadencyjności miejskich włodarzy. Niedawno w jednej z Żyrardowskich gazet przytoczono kilka opinii mieszkańców na ten temat.

Muszę przyznać, że sposób rozumowania prezentowany przez niektórych z wypowiadających się, mocno mnie zadziwił. Pozwolę sobie przytoczyć jedną z wypowiedzi i użyte w niej argumenty: „Jestem za dwukadencyjnością burmistrzów i prezydentów, bo na przykład
w Mszczonowie burmistrz jest bardzo długo. W Żyrardowie władze, które zniszczyły miasto, też były bardzo długo przed obecnym prezydentem.” Absolutnie nic w tej wypowiedzi do mnie nie przemawia i nic mnie nie przekonuje. Burmistrz Mszczonowa Józef Kurek powinien odejść tylko dlatego, że „jest bardzo długo”? I to ma być jedyny argument przemawiający za jego odejściem? Już kiedyś pisałem,
że dawniej mówiono „Mszczonów koło Żyrardowa”, a obecnie coraz częściej mówi się „Żyrardów koło Mszczonowa”. Taki zwrot jednoznacznie świadczy o tym, które miasto w powszechnej świadomości dokonało skoku cywilizacyjnego, a które pozostało w przysłowiowych blokach. Przyjmując, że oba miasta wystartowały z tego samego postkomunistycznego poziomu (śmiem twierdzić, że nawet Żyrardów startował z lepszej pozycji), to co było czynnikiem decydującym o tak rozbieżnych efektach, które każde z miast osiągnęło? Klimat mamy ten sam, walory krajobrazowe także podobne, ani jedno ani drugie miasto nie posiada dostępu do morza zatem, co takiego było czynnikiem decydującym o sukcesie lub porażce? Moim zdaniem to właśnie rozsądnie rządzący miastem burmistrz i równie rozsądni samorządowcy. Jak widać w tym przypadku długość sprawowania rządów przełożyła się wprost na ich jakość i uzyskiwane przez miasto efekty. Ten sam rozmówca twierdzi, że poprzednie władze Żyrardowa były zbyt długo i dlatego miasto jest „zniszczone”.

Jak sięgnę pamięcią, to po roku 1990 było kilku prezydentów w naszym mieście. Można nawet przyjąć, że zmieniali się dosyć regularnie. Ostatni z nich (przed obecnie sprawującym swoją funkcję) był dwie pełne kadencje czyli 8 lat. Jeśli przyjąć cytowaną opinię, że „miasto zostało zniszczone” za fakt, to jak widać dwie kadencje do tego wystarczą, czyli dokładnie tyle, ile zakłada obecny projekt. Abstrahując od opinii wygłaszanych przez naszego mieszkańca, ja wprost przeciwnie uważam, że nic w tych propozycjach nie jest godne poparcia, bo nic tam nie jest racjonalne. W myśl lansowanego projektu dobrych gospodarzy należałoby usuwać tylko dlatego, że są za długo. Nie bierze się pod uwagę, że miernotom 4 czy 8 lat w zupełności wystarczy aby napsuć dostatecznie dużo, aby ich następcy przez kolejne kadencje nie robili nic innego, tylko wydobywali swoje miasta z problemów. Nie przemawia do mnie także argument, że jest to metoda na rozbicie lokalnych układów. Jakkolwiek z cudem graniczy dostanie się do ław poselskich czy senatorskich kiedy się startuje pod sztandarami bezpartyjności, to akurat w wyborach na prezydentów czy burmistrzów miast często wygrywają liderzy lokalnych ugrupowań, a nie reprezentanci głównych frakcji politycznych.

Zatem na tym poziomie najlepiej widać możliwość bezpośredniego wpływu wyborców na uzyskiwane wyniki przez poszczególnych kandydatów. Problemem jest jak zwykle zbyt niska frekwencja wyborcza, a to poważny błąd, bo mieszkańcy miast naprawdę mogą mieć wpływ na losy swojego podwórka przy urnach wyborczych. Jeżeli tylko lokalne społeczności będą chciały brać udział w wyborach, to nie widzę tutaj specjalnie pola do nadużyć. Natomiast wprowadzenie dwukadencyjności wprost przeciwnie – może rodzić różnego rodzaju patologie. Który z prezydentów będzie podczas drugiej kadencji wydajnie pracował wiedząc, że trzeciej kadencji już nie będzie? Za to gro swojego czasu będzie poświęcał na zapewnienie sobie miękkiego lądowania, w momencie gdy już będzie musiał zdać swój urząd. Czy taka sytuacja nie będzie potencjalnie niebezpieczna? Z pewnością będzie, bo przecież nie trudno sobie wyobrazić, że można w takim przypadku podejmować niekorzystne dla miasta decyzje, za chociażby obietnicę późniejszej posady. Co się wtedy stanie ważne dla urzędujących burmistrzów, prezydentów, samorządowców? Właśnie wtedy dopiero staną się ważne układy i układziki: kto i z jakiej opcji ma szansę na objęcie zwolnionego fotela? Komu już dzisiaj trzeba się nisko kłaniać żeby później móc myśleć o pracy w spółkach podległych miastu? Z kim zawierać sojusze, żeby po zakończeniu urzędowania świat nie zawalił się na głowę?

Pewnie powiedzą Państwo, że i teraz takie kalkulacje mają miejsce. Oczywiście, że tak. Z tym, że dzisiaj trudniej kalkulować zarówno urzędującemu prezydentowi czy burmistrzowi jak i jego otoczeniu, bo skoro nic go nie ogranicza poza uznaniem mieszkańców miasta, to nigdy do końca nie wiadomo na jaką stronę przechyli się wyborcza szala. A i sam gospodarz miasta ma więcej motywacji by gospodarować w mieście, a nie tylko je reprezentować. Przy okazji wcześniej cytowanej wypowiedzi postanowiłem zwrócić uwagę na jeszcze jeden jej aspekt. Otóż padło tam stwierdzenie, że poprzednie władze zbyt długo tą władzę sprawowały i zostawiły miasto w ruinie. Powszechnie przyjmuje się, że odpowiedzialność spada wyłącznie na byłego prezydenta. Ja jednak uważam, że tak jak i dzisiaj, tak i wtedy dużo do powiedzenia miała Rada Miasta Żyrardowa. Obecnie są w niej osoby, które pełnią tą funkcję przez pierwszą kadencję. Jednak jest i sporo takich, którzy – parafrazując zwrot ze znanej polskiej komedii – radnymi są już niejako „z zawodu”.

Dziwi mnie, że najczęściej w ogóle nie poczuwają się do odpowiedzialności za tamten okres i stan miasta jaki zastał obecny Prezydent. Umywają ręce i dbają o to, by utożsamiać ich wyłącznie z obecną władzą. Już kiedyś wspominałem, że warto byłoby rozliczyć wielokadencyjnych radnych z ich osiągnięć. Z tego, co było istotą ich pracy i na czym się skupiali. Nie zmienimy Żyrardowa nie zmieniając osób, których filozofia rozwoju miasta i funkcjonowania struktur samorządowych sprowadza się do tego kto z kim i dlaczego powinien trzymać. A przykłady takiego pojmowania rzeczywistości i swojej roli w niej wciąż dostrzegam. Oto przykład: niedawno żyrardowska gazeta przytoczyła interpelację jednego z radnych, dla którego najistotniejszą kwestią jest to, który z radnych należy do jakiego klubu. Czy ta wiadomość ma istotną wagę dla przysłowiowej pani Malinowskiej? Cóż to ma za znaczenie dla problemów z jakimi boryka się miasto? Dla mnie nie jest to nic innego, jak liczenie szabel, bo sanki wyborcze już jadą z górki. Trzeba zawczasu wiedzieć kto swój, a kto wróg. Zresztą sam zainteresowany tą kwestią radny swoją interpelację uzasadnia właśnie koniecznością poinformowania wyborców.

Ja również jestem wyborcą. Chyba jednak mam mało ogłady politycznej, bo do tej pory raczej interesowało mnie kto robi coś dobrego dla miasta, a kto robi tylko dobre wrażenie, kto ma pomysły na miasto, a kto tylko na siebie i na koniec tak zwyczajnie – kto jest mądry, a kto po prostu głupi? W swoich rozważaniach o rozwoju miasta i jego mieszkańców, o przynależności klubowej niestety nie pomyślałem.