AA czyli alternatywna arytmetyka

Dzisiaj chciałbym skomentować wydarzenie, którego nie sposób pominąć milczeniem. Chyba, że jest się człowiekiem całkowicie pozbawionym refleksji, zdrowego rozsądku lub fanatycznym wyznawcą jedynej słusznej idei. Chciałbym poruszyć temat ostatnich wydarzeń jakie miały miejsce w Brukseli i ich kontynuację już na naszym rodzimym podwórku. Każdy już się pewnie domyślił, że mam na myśli ponowny wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej i wszystko to, co się wokół tego wydarzenia działo.

Zacznę od przypomnienia Państwu w skrócie znanego dowcipu jeszcze z czasów PRL-u, w którym to diabły w piekle pełniły wartę przy każdym z kotłów, aby przypiekani grzesznicy im nie pouciekali. Tylko przy jednym kotle nie było pilnujących.  Na pytanie świeżo przybyłej do piekła duszy dlaczego tego kotła nikt nie pilnuje, padła odpowiedź, że w tym kotle siedzą Polacy i sami się pilnują. Jak tylko któryś z nich próbuje z kotła wyjść, to inni sami go wciągają z powrotem. Ten stary dowcip pokazuje jakim (niestety) narodem jesteśmy. Potrafimy być waleczni i heroiczni, potrafimy się jednoczyć, ale najpierw musimy poprzez własną kłótliwość, przez chęć postawienia na swoim wbrew wszystkiemu i wszystkim (ze zdrowym rozsądkiem na czele) doprowadzić do katastrofy narodowej, by móc się wreszcie wykrwawiać jako naród wokół słusznej sprawy. Patrząc z jaką zaciekłością jako jedyni w Unii Europejskiej nie chcieliśmy mieć rodaka (tak, tak, bo kandydatura Jacka Saryusz Wolskiego była tyleż realna do przeforsowania, co uzyskanie dostępu do morza przez Radom) jako dzierżącego stery RE, że nasuwa się na myśl przypuszczenie, że gdyby w Polsce znieść ograniczenie dostępu do broni, to moglibyśmy z powodzeniem darować sobie wydatki na F-16, na Caracale i inne tym podobne ekstrawagancje, jako uzbrojenie całkowicie zbędne, bo żaden wróg zewnętrzny nigdy nie musiałby nas podbijać. Mając broń w domu sami byśmy się powybijali, rozpętując wojnę domową, przy której ta na Bałkanach byłaby małoznaczącym konfliktem interesów. Odcinając się od reprezentowanych przez poszczególnych obywateli poglądów politycznych i sympatii wobec określonych ugrupowań, to wstydliwe jest i żenujące, że wbrew zdrowemu rozsądkowi polskie władze forsowały swoje stanowisko odnosząc spektakularną porażkę na oczach całej Europy. Zakładam, że nawet osoby ortodoksyjnie wierzące w obecną linię naszego rządu, mają problem aby dać wiarę, że ta porażka to tak naprawdę wielkie zwycięstwo naszej dyplomacji, naszych wartości i naszej racji stanu.

Skoro w starciu Unii Europejskiej z Polską był wynik 27:1 i to według naszych władz jest symbolem niebywałego zwycięstwa, że aż z tego powodu warto oczekiwać na powracającą delegację z kwiatami, to doprawdy nie bardzo wiem jak mam interpretować wyniki uzyskiwane przez naszych sportowców. Czy zatem 7 złotych medali na halowych mistrzostwach Europy w Belgradzie, to był nasz największy dotychczasowy sukces w tego typu imprezie czy też może największa porażka w historii? Raz wyniki starć odbywanych pod naszymi narodowymi sztandarami są oceniane według normalnej arytmetyki, a innym razem według arytmetyki „alternatywnej”, gdzie „1” to więcej niż „27”. Jak komu wygodnie. Wracając jednak do istoty problemu, to my Polacy możemy się kłócić między sobą, możemy się różnić w prezentowanych poglądach, ale na arenie międzynarodowej powinniśmy pamiętać, że reprezentujemy jedną rodzinę, jeden kraj. Świat musi nas widzieć jako naród racjonalnie operujący swoimi aktywami, umiejący realnie postrzegać mocne strony i umiejętnie wykorzystywać nadarzające się okazje.

Patrząc jednak na to co się dzieje i co nam się serwuje opatrując podpisem „sukces” jestem przerażony, dokąd nas to wszystko doprowadzi? Nasza narodowa buta chociaż czasami uzasadniona, bo dla Europy nasz naród poniósł w różnych okresach ogromne ofiary zarówno w wymiarze ludzkim jak i materialnym, to jest jednak źle postrzegana przez większość Europejczyków i naszą dumę narodową na arenie międzynarodowej powinniśmy wyrażać i kreować w bardziej subtelny sposób. Nie możemy też uprawiać naiwnej hipokryzji polegającej na jednoczesnym wyciąganiu ręki po unijne pieniądze, przy jednoczesnym wyrzekaniu się wspólnych idei, pod którymi śmiem przypomnieć, że jako naród się podpisaliśmy przystępując do UE. Publiczne dążenie do zmycia lub umniejszenia blamażu jakiego doznaliśmy na arenie międzynarodowej skutkuje coraz bardziej kuriozalnymi wystąpieniami kolejnych polityków na gruncie krajowym. Niektóre wystąpienia są wręcz niebezpieczne dla naszego kraju, a przynajmniej dla jego ekonomii, bo godzą w dumę innych narodów, które miejmy nadzieję, że nie obrażają się tak łatwo jak my i szybko zapomną o tym, co wygadują trybuni ludowi na różnych wiecach i barykadach. Dzieląc kiedyś unijne fundusze oby nie mieli wtedy przed oczami medialnych przekazów, w których to mówi się o „ataku  na Polskę”  – w domyśle: przez Unię Europejską lub poszczególnych jej członków.

Muszę uczciwie przyznać, że po 1989 roku nie mam poczucia, że żyję w zniewolonym kraju. Natomiast konieczność dostosowania się do otaczającej nas rzeczywistości nie oznacza braku suwerenności. To, że musimy liczyć się z polityką globalną, z globalną ekonomią, to nie jest brak wolności sensu stricte. Jedyny kraj jaki przychodzi mi na myśl, który z niczym się nie liczy to Korea Północna. Pytanie czy chcielibyśmy żyć w takim kraju i w takim modelu polityczno-ekonomicznym? Czy odwrócenie się plecami do całego świata dało Koreańczykom z Północy poczucie wolności? Wszyscy wiemy, że jest wręcz przeciwnie. Dlatego skończmy z retoryką wojny na wszelkich możliwych frontach. Kiedyś byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa (i tak było w istocie), a teraz staramy się wykreować na jedyny w Europie naród wierny wartościom (jakim?) i broniący tych wartości (przed kim?) z pełnym poświęceniem i zaangażowaniem. Jednakże efekt wizerunkowy jaki uzyskujemy w oczach Europy to obraz narodu schizofreniczno-paranoicznego, który bez elementarnego poczucia rzeczywistości hardo szarżuje po cienkim lodzie absurdalnie licząc na podziw i poklask obserwujących te harce. Zamiast tego czeka nas kpina, izolacja i lekceważące traktowanie. Pomału ale konsekwentnie stajemy się jak niewygodny krewny, który wprawdzie jest w naszej rodzinie, ale którego wszyscy się wstydzą i nikt nie zaprasza na rodzinne imprezy. Narodzie! Ocknijmy się!